• Wpisów:29
  • Średnio co: 81 dni
  • Ostatni wpis:6 lata temu, 15:07
  • Licznik odwiedzin:4 316 / 2454 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Dlaczego czytam? Cóż takiego kryje się pośród stronic książek, pomiędzy rzędami ich liter, że mogę śmiało stwierdzić: wciąż coś czytam. Nie bez ustanku, rzecz jasna. Lecz kończąc jedną pozycję, sięgam po jedną z wielu, czekających na swą kolej. Moje życie od bez mała 20 lat jest nieprzerwanym ciągiem przeżywanych Opowieści.

"Ucieczka" - ktoś odpowie. - "W książkach znajdujesz schronienie przed rzeczywistością". Ja zaś nie zaprzeczę, nie wprost. Owszem, zatapiając się w Opowieść potrafię zapomnieć o otaczającym mnie świecie. Lecz nie jest to celem lektury. Książki nie są dla mnie azylem, bezpiecznym schronieniem. Przeciwnie, są przyjaciółmi, nauczycielami i miejscami, do których zmierzam dobrowolnie i z radością.

Książki pozwalają mi przeżyć i doświadczyć tego, czego nie dane mi będzie poznać w świecie leżącym poza nimi. Nigdy nie byłem w kosmosie, lecz znam jego ciszę. Nie opuściłem Ziemi, mimo to wiem, jak szumią drzewa Śródziemia. Nikogo nie zamordowałem, a doskonale wiem, jak potrafią ciążyć wyrzuty sumienia po takim czynie. Substytuty? I owszem, lecz jakże wspaniałe!

Otwierając książkę, otwieram bramę do innego świata; czasem identycznego z naszym, czasami całkowicie innego. Zatapiam się w nim. Zaprzyjaźniam z jego mieszkańcami. Na krótki moment staję się jego cząstką.

Czarne litery przekształcam w wielobarwne obrazy.
  • awatar Izviestia: ja też jestem książkoholiczką. Nie wyobrażam sobie życia bez książek <3 pozdrawiam Cie czytaczu :*
  • awatar nie osiągając nic.osiagnęła cały świat.: Dawno nie czytałam książek, choć kiedyś się w nich zaczytywałam... Codzienność kradnie... Intrygująca nazwa bloga
  • awatar Gość: Ojej, niezłe! Substytuty. Na chwilę możesz stać się kimś innym albo "pobyć" w innym miejscu. Wyrzuty sumienia mogą być, ale szczerze mówiąc, nie będą one nasze :D. Wielobarwne obrazy, oj tak. Pewnie dlatego ekranizacje tak często rozczarowują :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Przez całe lata byłem sową. Późno zasnąć, późno wstawać. Siedzenie do 3 w nocy nie było dla mnie niczym nadzwyczajnym. Przeciwnie - położyć się przed północą, o, to był ewenement. Słowiczenie i wstawanie bladym świtem zdecydowanie nie było dla mnie. I przynajmniej to ostatnie się nie zmieniło. Chociaż umiejętność życia na pełnej parze po czterech godzinach snu jakby też oklapła.

Gorzej, że ostatnimi czasy najwyraźniej przechodzę na jakiś dziwaczny tryb zimowy. Coraz wcześniejsze ucinanie komara, popołudniowe drzemki (wcześniej - katorga), ogólne wydłużenie czasu snu...

Starzeję się, czy co?

Całe szczęście, że wciąż mogę liczyć na niezawodny regenerator sił i energii. Którego zresztą w tej chwili zażywam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Za oknem, na terenie kampusu, trwa właśnie wielki protest skierowany przeciwko wchodzącemu jutro w życie zakazowi picia alkoholu w Miasteczku Studenckim. Protest, jak można się domyśleć, odbywa się z butelką w ręku (i często jednocześnie w ustach). Ot, burda jak burda, nie przyłączam się, nie wnikam. Osobiście jestem z zakazu zadowolony.

Ale! Cała sytuacja przywodzi mi na myśl pewne skojarzenie. Tłumy chwiejnie poruszających się ludzi, zbitych w grupki i upchniętych na małym terenie. Głośnych, wydających dziwne dźwięku (osobiście słyszałem, jak jeden osobnik z powodzeniem charczał po jaskiniowemu), być może już z lekka pocapujących. Spragnionych tylko jednej rzeczy. Istot, po które być może już niedługo sięgną długie ramiona władzy. O ile to ramiona zgromadzonych nie sięgną po nią...

Yup, Raccoon City welcome to. I idealna inspiracja do następnego filmu Johna Romero.
  • awatar Z klawiatury banalnego faceta.: @Kobieta, z którą zam: Byle tylko amunicji było pod dostatkiem, bo głupio by oszczędnie serie prowadzić XD
  • awatar Gość: Mam taką fantazję - strzelam na oślep do nich i śmieję się, jak Joker ;D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Na początku było słowo. Słowo wstępne. Położyło tory, którymi podążały wagony tego bloga, aż niespodziewanie dotarły do stacji końcowej - Formy Wyczerpanej. Po drodze jednak coraz bardziej odchodziły od tego, czym mój blog miał pierwotnie być. Wówczas uważałem, że było to złe. Dziś - widzę, iż to była jego prawdziwa esencja, lokomotywa, która ciągnęła cały ten interes. Jeżeli jej zaufam, powiezie nas hen, za punkt, w którym kończą się tory.

Dlatego, jeżeli jeszcze ze mną jesteście, wiedzcie, że wróciłem. Silny kawą, życiem i Wami.

I dopiero zaczynam się rozkręcać.
  • awatar Z klawiatury banalnego faceta.: @Lilaire: Na pewno kwejk, a głębiej już źródła nie szukałem :P
  • awatar Gość: Czyżby to boli.blog? :P Miło, że wróciłeś, hie, hie...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
UWAGA!

Zawiadamia się wszelkich zainteresowanych (niezainteresowanych również), że w tym miejscu wybudowany zostanie budynek Analizy Konkurencyjności. Ze względu na niewielkie, acz wciąż rozwijające się, obycie w temacie Budowniczego (t.j. mnie) uprasza się o cierpliwość i zrozumienie. Mogę zapewnić, iż konstrukcja będzie się wznosić szybciej niż analogiczna praca nad rodzimymi autostradami.
 

 
Akt pisania, w szczególności snucia w ten sposób opowieści, jest iście zdumiewającą rzeczą. Owszem, nasze postrzeganie go w dużej mierze spowszedniało. Lecz gdy się przez moment zastanowić, pisarz jak nikt inny może być określany mianem stwórcy. On nie tylko tworzy. On stwarza, buduje, powołuje do istnienia.

Zaiste, pisarze dysponują niewyobrażalnym darem. Darem tworzenia na papierze całych światów i uniwersów, które następnie ożywają w wyobraźni tysięcy, milionów czytelników. Martwe słowo staje się żywą świadomością. Jeszcze nie ciałem, bo przecież zapisane opowieści ożywają jedynie w naszych umysłach, lecz już czymś znacznie bardziej realnym niż kawałkiem papieru upstrzonym rozmaitymi znakami.

Pierwszym z brzegu przykładem jest to, co uczynił znany chyba wszystkim J. R. R. Tolkien. On nie tylko wymyślił i zapisał wciągającą historię o walce dobra ze złem. Tolkien poszedł znacznie, znacznie dalej: jego Śródziemie zyskało własny język, własną historię, własne wierzenia i legendy. I, może przede wszystkim, własnych bohaterów, którze je zamieszkiwali. Można śmiało rzec, iż Tolkien nie tylko napisał opowieść o Śródziemiu. On Śródziemie STWORZYŁ.

Podobnie czynią setki innych pisarzy. Szczególne miejsce zajmują pośród nich twórcy system papierowych gier fabularnych - bo czymże innym jest ich praca, jak nie kreowaniem z premedytacją właśnie nowych uniwersów? Owszem, podobnie czynią także inne media - weźmy choćby fenomeny takie jak Star Trek i Gwiezdne Wojny - jednak ich ostateczny kształt jest zazwyczaj dziełem całych ekip. Pisarz zaś jest pojedynczym czynnikiem stwórczym. Osobą dzierżącą Pióro Kreacji (bądź stukającą w klawisze Klawiatury Rodzenia), kilkoma pociągnięciami atramentu wznoszącą góry, zabijającą i poczynającą do życia, posiadającą wobec swych kreacji niemal boskie moce.

Niemal? Nie - posunę się nawet dalej. Pisarz dla swych dzieł JEST najwyższym bogiem. One do niego należą i od niego zależą w sposób absolutny. Pisarz staje się demiurgiem, wprawiającym w ruch światy, a następnie często oddalającym się od nich i pozwalającym istnieć samoistnie właśnie w umysłach czytelników.

Najwspanialszym i najbardziej zdumiewającym jest zaś fakt, iż takie cuda czynić może każdy z nas. Wystarczy, że usiądzie.

I rozpocznie akt stwarzania.
  • awatar J.K.: Ciekawe spojrzenie.Można też powiedzieć,że i czytający jest w jakimś stopniu twórcą albo raczej projektuje własna wizje tego co czyta choć architektem pozostaje autor.
  • awatar your choice is your art: Tworzenie nowych światów? Eee tam. Ja wolę zwracać uwagę na już istniejące :)
  • awatar Z klawiatury banalnego faceta.: @small-coffee: Niezwykle trafne porównanie :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Każde z nas posiada w życiu jakieś solidnie ugruntowane nawyki. Przyzwyczajone, które spuszczone z wodzy, mogą z łatwością ocierać się o nałóg czy chociażby niezdrowy nadmiar. Nie musi być to nic wielkiego, ot kawa, słodycze, oglądanie telewizji, "strzelanie" palcami, poprawianie makijażu. Zazwyczaj nie zdajemy sobie z nich sprawy. Czy może inaczej - zauważamy je, ale jednocześnie umieszczamy w szufladce z etykietą "Niegroźna drobnostka".

A później zastygamy na przykład z uniesionym trzecim dzisiaj kubkiem mocarnej kawy i nagle uświadamiamy sobie, że coś jest chyba nie tak. Przynajmniej odrobinkę. Jeśli nie bardziej.

Istnieje jednak pewien nawyk, pewna tendencja, wpisana już w codzienność, którą zacząłem zauważać i u mnie. Absolutnie niegroźna. Ale która w nadmiarze może z łatwością spowodować irytację otoczenia.

Jej imię? Emotikony.

Od razu zastrzegam: nie, nie uważam popularnych emotek za zło wcielone. Umiejętnie (i oszczędnie) używane ułatwiają przekazywanie informacji i emocji, zwłaszcza w krótkich formach pisanych. Podczas normalnej rozmowy mówisz "Aha" i od razu wiadomo, o które "Aha" chodzi. Czy towarzyszy mu uśmiech, rezygnacja, czy cokolwiek innego. W wersji pisanej (chociażby rozmawiając na GG) z pomocą przychodzą właśnie emotikony. Jest różnica pomiędzy "Aha ", "Aha " czy "Aha ". Przekazujemy rozmówcy dokładnie to, co chcemy.

Jednak sprawy komplikują się, kiedy emotki zaczynają przyjmować formę znaku interpunkcyjnego. Zazwyczaj kropki, niekiedy (o zgrozo!) przecinka. Pomijam już fakt, że wielu osobom owe znaki i tak są obce. Ale czy naprawdę zatraciliśmy już umiejętność jasnego przekazywania informacji za pomocą pisma? Czy kiedy piszę o czymś żartobliwie, muszę podkreślać to roześmianą buźką? Dlaczego niezadowolenie może być wyrażone tylko buźką skrzywioną? SMSy, GG, fora internetowe, czaty... Na każdym kroku aż roi się od zazwyczaj żółtych mordek. Więcej - nieużywanie ich może spotkać się z myślą, że coś jest nie tak, że jestem smutny lub poważny.

Ogarnijmy się, ludziska!

Nie dziwota, że tu i ówdzie podnoszą się głosy, iż bogactwo językowe wymiera. Że osobiste słowniki Polaka i Polki stają się cieńsze i cieńsze. Jeżeli na każdym kroku musimy się posiłkować emotikonami, to coś jest nie tak.

Powyższą tendencję zaczynałem dostrzegać już i u samego siebie. Czułem się niezręcznie, jeżeli przez dłuższy czas nie wstawiłem żadnej emotki. Nagle zaczęło się ich robić więcej i więcej. Dlatego postanowiłem powiedzieć temu przyzwyczajeniu kategoryczne i natychmistowe STOP. Nie popadnę w irytującą manierę, a przy okazji poćwiczę wyrażanie się poprzez pismo. Same korzyści, ot co.

Używajmy emotikonów tylko tam, kiedy to naprawdę konieczne i użyteczne. W pozostałych przypadkach operujmy pięknie samym słowem i szeroką gamą innych środków (kursywa, pogrubienie, cudzysłów, wielkie litery itp. itd.). Przecież to wcale nie jest trudne.

Prawda?

(Nawyków odnośnie picia kawy zmieniać nie zamierzam. Zaznaczam na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy zapytać)
 

 
Ostatecznie zamierzałem o tym nie pisać. No bo jak to tak - publicznie rozpowiadać na taki wstydliwy i krępujący dla podmiotu temat? Mimo to się ugiąłem. Bo spójrzmy prawdzie w oczy: coś podobnego może zdarzyć się w każdym domu i zagrodzie. Wszystko może być świetnie, wesoło i nagle ZONK!

Przestał stawać.
No po prostu nie stoi.

Jeszcze chwilę wcześniej może dumnie sterczeć. A teraz? Smętnie zwisać, całkowicie luźny, z końcówką swobodnie ciągnącą się po (co piszę z mieszaniną dumy i zażenowania) podłodze. I rzecz jasna towarzysząca całej sytuacji konsternacja. Plus zdezorientowanie.

Co z tym fantem począć?

Udać się do fachowca specjalisty, wykwalifikowanego łapiducha? Pomysł niezły, ale jak w ogóle rozpocząć rozmowę na TAKI temat? Więc może lepiej poczekać? W końcu sam się popsuł, jest szansa że i sam się naprawi. Tylko jak żyć z czymś takim, co i rusz plączącym się między nogami? Jak egzystować? Jak (co najistotniejsze) figlować?!

Szczęśliwie, ta historia należy do tych, które znajdują swe pomyślne zakończenie.

Wystarczyło poczekać kilka dni i voila! Odzyskało sprawność, co popsute było.
.
.
.
I ogon mego kota znów dumnie wzbija się ku niebu, sprawny jakby nigdy nic się nie stało.

A jak!
  • awatar Anioł w Masce: Witaj, fajne, ale się uśmiałam. Pozdro.
  • awatar I.G.: hahahaha ;)
  • awatar Z klawiatury banalnego faceta.: @Zakaz handlu obnośnego kurami nioskami!: No mam nadzieję, po to w końcu to wszystko piszę - dla kochanych ludziów czytaczy ;P @Lilaire: O czym myślą głodujący, to nie wiem, najedzony jestem. Ja w każdym razie myślałem tylko i jedynie o biednej, kontuzjowanej Pannie Kocie ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Pierwszy wpis po dłuższej przerwie, a zarazem pierwszy oznaczony muzycznym tagiem. Wpis oszczędny w słowa i bogaty z załączniki, pełne nut, melodii i pasji. Chcę się podzielić z Wami utworami, których z pewnością nie usłyszy się w radiu (żeby tylko tam), a które zdecydowanie zasługują na to, by się z nimi zapoznać.

Kryterium doboru? Wszystkie piosenki pochodzą z gier (tak się przy okazji złożyło, że stworzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni) oraz należą do moich ulubionych. Tylko tyle i aż tyle. Pomijam przy tym pewien element losowości, gdyż to, co tu zamieszczam, stanowi zaledwie czubek góry lodowej.

A zatem - zapraszam do słuchania.
 

 
Szanowni Państwo, oto przed Wami najnowszy produkt naszej genialnej myśli technicznej! Urządzenie nie do przecenienia w każdym gospodarstwie domowym, w którym przebywa kot bądź kotka. Rzecz, która odmieni Waszą egzystencję już na-za-wsze!

System Zdalnego Naprowadzania Uliczno-Rezydalnego jak rÓwnież Wodzenia Kota Aktywnego.

W skrócie: S.Z.N.U.R.Ó.W.K.A.(TM).

Czworołap Wam ucieka? Nie chodzi tam, gdzie byście chcieli, lecz wędruje w strony wręcz przeciwne? A może chcielibyście wyławiać go z przeróżnych nor i zakamarków? Wszystko to i jeszcze więcej umożliwi Wam S.Z.N.U.R.Ó.W.K.A.(TM).

S.Z.N.U.R.Ó.W.K.A.(TM) jest przy tym wodzidłem banalnym w użyciu i łatwym w przechowywaniu. Aby zyskać kontrolę nad kotem, wystarczy uchwycił jeden jej koniec, zaś drugi opuścić na podłogę. Od tej pory kot pójdzie za Wami dokądkolwiek tylko zapragniecie. Po wszystkim zaś wystarczy ją zwinąć i umieścić - dosłownie! - gdziekolwiek. Co więcej, w razie Waszej nieobecności może służyć jako pierwszorzędna zabawka dla każdego myszołapacza.

S.Z.N.U.R.Ó.W.K.A.(TM) dostępna jest w kioskach i sklepach rozsianych po całym kraju. Pakowana po dwa egzemplarze, w wielu kolorach i fasonach, na pewno zaspokoi Wasze wyrafinowane gusta. I to tylko po niezwykle atrakcyjnych cenach!

Łap S.Z.N.U.R.Ó.W.K.A.'ę(TM) już dziś i Ty!

(Produkt nie był testowany na zwierzętach)
 

 
Przygotowałem sobie jajecznicę. Taką porządną, z sześciu jajek. Patelnię z zawartością postawiłem na brzegu blatu szafki, celem wydobycia kajzerek z worka. Kota wyniuchała. Zdołałem tylko zarejestrować, jak mała startuje z łóżka, wybija się i leeeci - prościutko w sam środek jedzenia. Wpakowała się w jaja całą przednią połową ciała, zamachała łapkami i cap! na ziemię. To, że gorąca patelnia nie poleciała za nią, zakrawa o cud. Teraz kota jest cała w żółtych plamach i stara się doprowadzić do jako-takiego stanu.

Biorąc pod uwagę, że zaliczyła dziś próbną podróż w transporterze i znosiła nasze wielkie pakowanie się, zaiste musiał być to dla niej dzień pełen wrażeń.
 

 
Zając gonił piłkę, którą jego kompan nieroztropnie (a może z premedytacją) wykopał zbyt daleko. Zając podążał za nią wpław, żabką bądź kraulem, nie pamiętam. Ale dopadł i wrócił. Dzielny z niego zuch!

Anglicy byli rozrośnięci i łysawi. Trzech jowialnych przybyszów, z których jeden śmiało zostawiał w piasku ślady adidasów (tkwiących w nich skarpetek nijak nie odznaczał, choć je posiadał). Grillowali sobie w najlepsze, a później zajadali te swoje english sousages.

Płuco skurczyło się znajomemu Zająca. Tak twierdził. Ubytek organu miał dokonać się na skutek zbyt nagłego zanurzenia się w zimnej wodzie. Więcej o tym ciekawym przypadku się nie dowiedziałem. Tematy zdominował zostawiony na rondzie kolega oraz sam Zając, we własnej krótkouchej osobie.

Witajcie w Opolu nad turkusowym jeziorem Silesia! Przybądźcie tutaj sami, ażeby doświadczyć takich (i wielu innych) osobliwości życia codziennego.

(Tekst nie był sponsorowany przez opiekunów jeziora, władze miasta, ani nikogo innego. Reklama w pełni dobrowolna i osobista).
  • awatar Gość: Silesia jest super, nie? Takie Lazurowe Wybrzeże :D. Mam małą nadzieję niedługo tam się pluskać z J. :)). (okeeej, już wracam do nauki oligo! tylko paznokcie pomaluję xD)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Różne mądre głowy różne mądre rzeczy na temat talentów i zdolności powiadają. Darujmy je sobie, dobrze? Poprzestańmy na tym, że każdy z nas posiada wrodzone predyspozycje do robienia pewnych rzeczy. Nie wiem, czy taka jest prawda. Ja w tę opcję wierzę i to się dla mnie najbardziej liczy.

Mamy więc talenty, każdy swoje. Jeden więcej, drugi mniej. Pierwszy potrafi ryby łowić, drugi przyrządzać, a trzeci - co najwyżej ze smakiem zjadać. Proste, jasne, zrozumiałe. Tylko...

...Tylko co, jeżeli nikt z tej trójki nigdy żadnej ryby nie ujrzy na oczy?

Nie wiem jak Wy, ale ja nie chciałbym kiedyś umrzeć, a po drugiej stronie się dowiedzieć, że miałem takie a takie naturalne talenty, z których nigdy nie skorzystałem. Może jestem urodzonym żeglarzem? Może wyśmienicie obsługuję krosno tkackie? Może moim rzeczywistym światem są przestworza obserwowane zza szyby samolotu czy śmigłowca? Może, może, może... Skąd niby mam wiedzieć, skoro nigdy tego nie sprawdziłem?

Wiem, że nie sposób w jednym życiu zakosztować absolutnie wszystkiego. A zarazem niewiele mnie to obchodzi. Będę próbował nowych rzeczy, poszukiwał świeżych doświadczeń. Wyciągał z głębi duszy zakopane tam talenty. Jeżeli wydobędę wszystkie - doskonale. Jeśli nie... To i tak będzie wy-śmie-ni-cie!
  • awatar *Dziecinny Sposób*: @Z klawiatury banalnego faceta.: Rozumiem. Tyle, że rzadko można spotkać kogoś kto jest zadowolony z obecnego stanu. A zawsze będzie strach, że nigdy nie odnajdziesz "czegoś" dla siebie... no ale mówi się, że jest ryzyko - jest zabawa:)
  • awatar Z klawiatury banalnego faceta.: @*Dziecinny Sposób*: Ależ nie - jeżeli kogoś nie dręczą tego rodzaju pytania, równie dobrze może poprzestać na tym, w czym jest po prostu dobry. I jego życie nie będzie wówczas ani mniej udane, ani mniej szczęśliwe. Wszystko zależy od punktu widzenia ;)
  • awatar *Dziecinny Sposób*: Więc receptą na udane życie jest próbowanie wszystkiego aż znajdzie się to w czym jesteśmy najlepsi?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Lubię Japonię i Japończyków. Choć zdaję sobie sprawę z wszelkich wad, przywar i maksymalnego zakręcenia mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni, nie potrafię (i nie chcę) wyzbyć się sympatii, jaką do nich czuję. Bo jak tu nie lubić narodu, który wymyśla takie rzeczy, jak... Kawiarnie dla miłośników kotów.

O tym, że Japończycy kochają koty, wiedziałem od dawna. Jednak dopiero niedawno natrafiłem na informacje o wspomnianych kawiarniach. W samym Tokio jest ich jakieś pół setki - miejsc, które poza kawą (ba, w niektórych lokalach nawet jej nie podają; to nie kawa jest clue programu) oferują gościom możliwość spędzenia czasu z kochanymi sierściuchami. Japończycy zaś, jako ludzie zapracowani i nieraz niemogący pozwolić sobie na trzymanie zwierzaka w domu, chętnie z "kocich kawiarni" korzystają. Ja się im absolutnie nie dziwię.

Co więcej - "kocie kawiarnie" zdołały dotrzeć i do nas! No, może nie do końca - w tym roku otwarto pierwszy taki lokal w Europie, dokładniej: we Wiedniu. Nawet niezbyt daleko, jeżeli się chwilę zastanowić. Zaś chęć wypicia kawy z kotami może stać się inspiracją do większego zwiedzania tego pięknego miasta.

Żywię nadzieję, że "kocie kawiarnie" przyjmą się na większą skalę i u nas. A na razie pozostaje nam podziwianie zdjęć z innych krajów.
  • awatar J.K.: No są zakręceni.. (Japończycy) :D Pomysł fajny ale ja czekam w takim razie także na psie restauracje ;)
  • awatar 20-kilku letnia Bradshaw: Akurat tego to ja nie rozumiem. Może dlatego, że koty mnie uczulają
  • awatar Drömmeri: koty sa takie piekne... :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jakiś czas temu dobiegł końca mecz z udziałem naszej reprezentacji. Byłem w terenie, oglądałem z innymi, kibicować nie kibicowałem, bo pasjonatem piłki kopanej nie jestem (delikatnie rzecz ujmując). Bawiłem się jednak przednio i chwała życiu za to. Ale, ale - ja nie o tym...

Ja o uwalnianiu swego wewnętrznego dziecka.

W trakcie widowiska rozpętała się ulewa. Nie jakiś tam pierwszy lepszy mocniejszy deszczyk, lecz porządna, soczysta zawierucha okraszana okazyjnymi efektami burzowymi. Deszczysko to trwało też wówczas, kiedy wracaliśmy już do siebie. Nie od dziś wyznaję zasadę, że kiedy przemoknie się do ostatniej nitki, to nie ma po co się dalej spieszyć i pora cieszyć się parszywą, bo parszywą, lecz nadal aurą. Dziś jednak... Dziś doszło do tego, że siedzące we mnie dziecko wyrwało się na zewnątrz i z radością i upodobaniem poczęło skakać i tupać po kałużach. I wiecie co? Okazało się, że i owszem, dało się przemoczyć jeszcze bardziej. Nic mnie to jednak nie obeszło - uczucie niczym nieskrępowanej radochy było zbyt wielkie.

Doprawdy, czasem każdy z nas powinien pozwolić sobie na coś podobnego. Nie tylko od wielkiego meczu, lecz również na szare co dzień. Wspaniała rzecz. Mimo, że bywa i mokra.
 

 
W moim domu zawitał kot. W zasadzie to Pani Kot. A jeszcze dokładnej - Panna Kotka. Córka moja adoptowana, tydzień temu ze schroniska wzięta.

Mógłbym popełnić teraz długaśny elaborat na temat zwyczajów Carrie (yup, to jej imię), jej zachowań, charakteru i tego, jak bardzo takie małe (bo 2-miesięczne) stworzonko przewróciło nasz świat do góry nogami. Mógłbym, lecz tego nie zrobię. Bo przewrotnie nie chcę, żeby mój powrót zza blogowego grobu nie wyszedł zbyt banalnie. Miast tego, coś innego.

Oto moja, Banalnego znaczy, lista powodów, dla którego warto wieść żywot kota domowego (Felis domesticus, dalej zwany po prostu kotem). Kolejność zupełnie i absolutnie przypadkowa.

1) Każdy kot ma swego ludzia.
2) Ludź go karmi na miauknięcie.
3) Typowy dzień kota mija na spaniu, jedzeniu i zabawie.
4) Kotu wszystko jest przebaczane, wystarczy odpowiednio na ludzia spojrzeć.
5) Kot ma szyk i klasę.
6) Kot potrafi się teleportować (niedowiarki proszone są o inne wytłumaczenie faktu, że kot w ciągu pół sekundy jest zdolny przestać buszować w jednym końcu pokoju i zacząć w drugim).
7) Kot jest mistrzem luzu.
8) Kot zawsze dostaje to, czego chce.
9) Kot potrafi zasnąć w każdej pozycji i na każdej powierzchni.
10) Kot potrafi się skompresować tak, by zmieścił się w dowolnie małej przestrzeni.
11) Kot wysysa ciepło z otoczenia i gromadzi je w sobie.
12) Kot, w połączeniu z kromką posmarowaną masłem, tworzy urządzenie antygrawitacyjne.
13) Nigdy nie znajdziesz kota, jeżeli on sam nie chce być znalezionym (hipoteza, że koty potrafią stawać się niewidzialne, jest w trakcie weryfikacji).
14) Koty potrafią czytać w myślach i doskonale rozumieją, co się do nich mówi (fakt, że zazwyczaj uważają te rzeczy za zbyt niegodne siebie, to już inna sprawa).
15) Każda wada kociego żywota jest niczym w porównaniu z powyższymi zaletami.

A teraz wybaczcie mi - Carrie wzywa swego uniżonego sługę. Doprawdy, nie mam wątpliwości, kto tak naprawdę rządzi w domu.
  • awatar Anais.: Nie da się nie kochać kotów!
  • awatar Zakaz handlu obnośnego kurami nioskami!: I ten charakterystyczny zmieniony szyk w zdaniu, fuj! xD
  • awatar nadmiarkofeiny.: @Z klawiatury banalnego faceta.: Ooo, to świetnie, bo brakowało tutaj Twoich spostrzeżeń i nieprzeciętnego talentu. do tej piętnastki dałoby się stworzyć jeszcze, przynajmniej, raz tyle powodów, dla których koty są takie wspaniałe. ; )
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Pewnego razu był sobie chłopiec, który uwielbiał marzyć. Jednym z jego pragnień było ruszenie w świat, w poszukiwaniu przygód, przyjaciół i tego, czego odnaleźć się nie da, a jedynie napotkać na swej drodze. W marzeniach tych pomagały mu książki, zwłaszcza te podróżnicze, którymi nasz bohater potrafił zaczytywać się do upadłego. Niestety, większość z wypraw, jakie odbywał poza swą głową, nijak nie można było określić mianem "Przygody". Ot, zwyczajne, wczasowe wyjazdy.

Minęły lata. Czy Ten-Który-Kiedyś-Był-Chłopcem przeżył już swoje upragnione przygody? Rozczaruję Was - napotkał wiele materiałów na opowieści, lecz te największe, najwspanialsze, dopiero na niego czekają. On zaś wierzy, że niebawem po nie sięgnie. Już wkrótce. Bo Polska z miesiąca na miesiąc staje się dla niego coraz mniejsza. Przemierza ją. Poznaje. Wyprawa na drugi koniec kraju straciła niedawne gargantuiczne rozmiary i stała się czymś... Codziennym. Zwyczajnym. Zaledwie 12-godzinną jazdą pociągiem. Ten-Który-Kiedyś-Był-Chłopcem zrozumiał, że podróże nie są niczym go przerastającym. Zarazem zaś nie straciły niczego ze swej wspaniałości.

A ja... Cóż, mam nadzieję, iż pewnego dnia będę mógł rozpocząć któryś wpis słowami "Siedzę właśnie w sercu Japonii". Albo Australii. Albo Kanady. Albo... Albo... Albo...
 

 
Wczoraj pisałem o swej inspiracji trzema szczególnymi pracami Michaela Marsicano. Dziś chcę się z Wami podzielić innymi jego dziełami. Tak jest - sądzę, iż jego twory w pełni na takie określenie zasługują.

Nie wiem, dlaczego prace te ujęły mnie aż tak bardzo. Może to zasługa kreski? Lub też treści? Nie - jeżeli już, to idealnego połączenia jednego z drugim. Plus tego nieuchwytnego, wewnętrznego Czegoś.

Poniżej kilka wybranych rysunków pana Marsicano. Jeżeli zaś najdzie kogoś z Was ochota na więcej, polecam przyjrzeć jego portfolio (http://www.mmarsicano.com/). Warto!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Równo tydzień pracy. Codzienne wolne chwile poświęcane na zatapianie się w tekście, wpadanie w cug pisania, wydobywanie skamieliny Opowieści. I oto jest: "Spadający człowiek", kolejny tekst, który umieszczam dla Was w Szufladzie.

Wszystko zaś dzięki ilustracjom Michaela Marsicano, które przez przypadek trafiły w me ręce. Doprawdy, uwielbiam to uczucie, kiedy nagle pojawia się pomysł, a chwilę po nim - szczegóły historii, która domaga się, aby ją opowiedzieć.

Wspomniane ilustrację są poniżej. Opowiadanie - na http://szufladakawosza.blogspot.com/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
"I o czym tutaj pisać...?" - zamyślił się Banalny, opierając brodę na dłoni. - "Prawie tydzień bez wpisu. Myśl, człowieku, bo czas ucieka".

Banalny miał absolutną rację. Mijał właśnie szósty dzień bez aktualizacji bloga. Szósty dzień bez dobrych pomysłów. Szósty dzień twórczej agonii, niech to szlag trafi.

Nasz niezbyt bohaterski bohater pociągnął kolejny łyk kawy. Cholera, nawet ona się już kończy. Niby można by zrobić następną, ale trzeba uważać na serducho. Poza tym... wypijana kawa to upływający czas. Kolejna zębatka tykającego zegara. I mniejsza tu o bloga. Czas w ogóle ucieka, przelewa się przez palce. Gdyby powiedzenie, że czas to pieniądz, byłoby prawdziwe, Banalnemu wlałaby się już niemała sumka. Chyba, że coś źle zrozumiał.

Nagle zaskrzypiały trybiki w zapomnianej części głowy Banalnego. Zaczęły się kruszyć pokrywające je płaty rdzy. Zaczął rodzić się POMYSŁ.

Banalny nachylił się nad laptopem. Palce zatańczyły na klawiaturze, zaś na ekranie poczęły pojawiać się kolejne słowa:

"I o czym tutaj pisać...?" - zamyślił się Banalny, opierając brodę na dłoni...
 

 
Miał być tutaj banalny wpis wielkanocny, przyprawiony szczyptą oryginalności i świeżego powiewu. I miało być o jajach - dokładniej o easter eggach. Ale im więcej pisałem, tym mniej ciekawie całość się prezentowała. Stąd żadnych jaj, oddawania głosu cioci Wikipedii i tym podobnych rzeczy. Miast tego, przejście do meritum:

KAWOWYCH ŚWIĄT WSZYSTKIM I POZOSTAŁYM!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
... ale tylko po to, by nie czuć lęku.

Że niby jak?

Już wyjaśniam.

Na sam początek, czym różni się lęk od strachu? Krótka piłka: lęk nie jest związany z niczym konkretnym. Co innego strach - przed pająkami, ciemnością czy tym podejrzanie wyglądającym gościem, który akurat zaczepia nas w opustoszałej uliczce. Kiedy znamy bezpośrednie zagrożenie, coś namacalnego, pojawia się nasz stary kolega Strach. W innym, bardziej "mętnym" przypadku - nie mniej znajomy, lecz znacznie bardziej upierdliwy, pan Lęk.

Myślę, że sytuacja zaczyna nam się powoli klarować. Ze strachem można poradzić sobie... no, może nie łatwo. Ale łatwiej. Gorzej z lękiem. Bo jak mamy walczyć z czymś, czego nie potrafimy nawet nazwać, z jakimś nieokreślonym niepokojem? Nie ma przed nami pająka, którego można rozdeptać. Nawet nie ma jak uciekać, bo lęk siedzi w NAS, nie NA ZEWNĄTRZ.

Stąd moje początkowe wezwanie. Chcę się bać. W sposób kontrolowany i bezpieczny. Oglądać horrory. Czytać powieści grozy. Trzymając myszkę w spoconej dłoni przemierzać Złe Miejsca. Wówczas mogę wtłoczyć nienazwany lęk w solidną, stałą formę. Nie lękam się już nie wiadomo czego. Odczuwam strach przed Konkretnym. Przed czymś, z czym mogę się zmierzyć. I wygrać.

A potem wyłączam sprzęt, odkładam książkę i wracam do życia. Do rzeczywistości, która staje się zdecydowanie mniej niepokojąca.

Nie licząc tego, co czai się w jej mrocznych zakątkach...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
"Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku"
Anonim

"And who knows: starting a new journey may not be so hard, or maybe it has already begun"
Kairi, "Kingdom Hearts"

Zawsze zastanawiałem się, jakby to było zostawić wszystko za sobą i ruszyć w podróż. Ot tak, bez planów, przygotowań czy funduszy. Po prostu pójść przed siebie czy też wsiąść do pierwszego lepszego pociągu - za ostatnie pieniądze bądź nawet bez nich. I symbolicznie wyrzucić przez okno komórkę, zaraz po zawiadomieniu najbliższych, że przez jakiś czas będę nieosiągalny.

Szalone, nigdy nie spełnione marzenie.

Czy bym sobie poradził? Czy nauczyłbym się żyć wędrując od miasta do miasta, zaopatrując się na bieżąco tylko w to, co niezbędne?
Jak reagowaliby ludzie, do których podchodziłbym z pytaniem, czy nie mają dla mnie jakiejś roboty w zamian za strawę i nocleg?
Czy w ogóle bym to przeżył?

Pytania, na które nigdy nie będę miał stuprocentowej odpowiedzi. Bo z każdym dniem wiąże mnie coraz więcej rzeczy, nieraz nawet bardzo dobrych. Lecz zarazem uniemożliwiających całą tą karkołomną przygodę.

W takim razie... Dlaczego piosenki taka jak ta nadal wywołują mi ciarki na plecach?
  • awatar Gość: Pewno, że kumpelskiej. Eyy, a może pojedziesz też? Coś ostatnio mi Indie zaświtały w głowie - niewielkie problemy wizowe i o wiele tańsza zabawa niż USA czy Japonia, haha :D. (ale ze mnie debil... ja jak to sobie coś wymyślę...^^)
  • awatar Zakaz handlu obnośnego kurami nioskami!: Udanej podróży kumpelskiej :)
  • awatar Gość: To może jednak rzucimy wszystko i gdzieś pojedziemy na chwilę się urwać od paskudnej rzeczywistości? Singapur, USA, znowu Wiedeń? ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Siedzę właśnie w doskonale znajomym Book a Cofee, z rozpalonym kubkiem Americano pod ręką. Przed oczyma, wokół ekranu laptopa, mam widok na zalaną deszczem ulicę. Samochody, przechodnie, kościół jezuitów przed którym akurat jakiś mężczyzna ścigał wywiany plakat. I słońce, co chwila wychodzące zza chmur i rażące prosto na mnie. Nie licząc ostatniego elementu - jest nastrój!

Wybrałem się tutaj, aby trochę popisać. Powstające już od jakiegoś czasu opowiadanie, zapewne niebawem wyląduje w Szufladzie; a przynajmniej jego część, bo wychodzi coraz dłuższe i dłuższe. Zobaczymy, jak się Wam spodoba.

Ciekaw jestem, czy ktoś z Was, drodzy Czytelnicy, zagłębił się w któryś z tekstów zalegający w Szufladzie. Nawet gdyby nie przypadł Wam do gustu, byłbym niezmiernie z tego zadowolony. Każdą porządną krytykę zawsze przyjmuję z podniesioną głową. Pozwala się mi zastanowić. I poprawić na przyszłość.

Tutaj zaś macie doskonałą metaforę mojej obecnej sytuacji:
  • awatar Zakaz handlu obnośnego kurami nioskami!: "Book a coffee.' :D
  • awatar nadmiarkofeiny.: ja też tak zazwyczaj robię, ale nieco rozkojarzona dzisiaj jestem i jak na złość, musiało mi się usunąć. a co do Twoich opowiadań, to nie będę kręciła, bo jeszcze ich nie czytałam, ale w najbliższym czasie, z wielką chęcią to uczynię. ; )
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wychodzimy z pociągu i rozglądamy się po peronie. Jest około południa. Za nami sześć godzin telepania się po polskich torach; przed - pięciogodzinne zwiedzanie nieznanego miasta. Gdzie się udać, od czego zacząć? Chyba najlepiej od śniadanio-lunchu. Albo... od czegoś płynnego i czarnego.

W ten oto sposób pierwszą rzeczą podczas naszego pobytu w stolicy, na jaką wydaliśmy pieniądze, była kawa. Cóż mogę o niej powiedzieć? Kawa jak kawa, niczym szczególnym się nie odznaczała. Za to lokal, w którym ją piliśmy...! O, ten z pewnością wart jest kilkudziesięciu uderzeń w klawisze.

Nazwa Hard Rock Cafe mówi chyba wszystko o wystroju wnętrza (podobnie jak szyld, który możecie zobaczyć poniżej). Gitary, skórzane kurtki, odpowiednia muzyka sącząca się z głośników i chyba wszystko, co z rockiem może się kojarzyć. Łącznie ze zdjęciami zespołów, które ten lokal nawiedziły; oraz plakatem zapowiadającym te, które dopiero mają przybyć. Kawiarnia bowiem służy zarazem za miejsce dokonywania się koncertów. Nie zapominajmy też o niesamowicie przyjaznej obsłudze. Słowem - ideał?

Niestety, nie do końca. Problemem dla wielu mogą być ceny. Jeśli macie ochotę zjeść w Hard Rock Cafe lunch, upewnijcie się, że macie w portfelu co najmniej 50 złociszy. My mieliśmy trochę więcej... ale na całą wyprawę. Stąd skończyło się na samej kawie. Tym niemniej - jeżeli zawitacie kiedyś do Warszawy, wpadnijcie do Hard Rock Cafe. Jeśli zaś w niej mieszkacie... Cóż, myślę, że miejsce to znacie nie od dziś.

(Poniższe obrazki, poza własnoręcznie popełnionym pierwszym, znalezione w sieci. Robienie zdjęć komórką najprzyjemniejsze nie jest)
 

 
W Szufladzie wylądowało kolejne opowiadanie. Tym razem jest to historia o końcu świata, jakim go znamy, opowiedziana z kociej perspektywy. Początkowo miała być zwyczajnym opowiadaniem - i takim na razie pozostała. Czuję jednak, iż stanowi ona zaledwie malutką część znacznie większej opowieści. Liczę na to, że kiedyś i ją zapiszę.

Zapraszam do lektury. Dzieci Wąsatego Rodu czekają, by Was spotkać.

(http://szufladakawosza.blogspot.com/)
 

 
Jak to wszystko się zaczęło? Ten namiętny związek człowieka z napojem, ciała z cieczą? Jakże ciężko nanieść dziś konkretny punkt na linię czasu...

Przecież nigdy jej nie lubiłem - delikatnie rzecz ujmując. Nie rozumiałem, jak można pić to mętne coś i, o zgrozo!, czerpać z tego przyjemność. Już lepiej zaparzyć sobie pysznej herbatki. Nie, zdecydowanie - kawa nie była dla mnie.

Ach, te błędy młodości!

Mówią, że do picia kawy należy dorosnąć. Podpisuję się pod tym rękoma i nogoma. Kawa nie jest dla każdego. Docenić ją mogą tylko... nieliczni? Może przesadzam, ale tylko odrobinę.

A jeśli kawa, to jaka?
W "Amerykańskich bogach" główny bohater, Cień, dowiaduje się, że czarna jak noc i słodka jak grzech. Wiecie, co Wam powiem? Nie zgadzam się. Fikuśne kawy są niezłe, lecz najlepsiejsza jest mocna, czarna i gorzka. Howgh!
  • awatar Zakaz handlu obnośnego kurami nioskami!: Namiętne związki człowieka z cieczą :D
  • awatar Gość: Haha, dodałam Cię do mojej listy na Bloggerze, aby TO obserwować ;) - więc lepiej się postaraj! A co do kawy, to wiadomo, że mocna, gorzka... Lepiej z mlekiem, ale bez też jest niezła :D. w końcu wiadomo, że obłędność kawy zabija cukier ;).
  • awatar nadmiarkofeiny.: osobiście nie wyobrażam sobie dnia bez kawy, ale raczej preferuję ją z odrobiną mleka.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Szuflada - przedmiot, miejsce, symbol... Nieodłączny towarzysz każdego, kto zajmował się przelewaniem swych myśli na papier. Mistyczna otchłań skrywająca zapomniane opowieści.

Nasza szuflada niekoniecznie musi mieć formę drewnianej skrzynki. Może być nią tekturowe pudełko, segregator, półka, cokolwiek. Szuflada nie musi nawet być czymś materialnym - wymieńmy choćby zero-jedynkowy folder z plikami. Albo ludzki umysł.

W szufladzie ląduje to wszystko, czym postanawiamy nie dzielić się ze światem. Teksty, które skazujemy na mroki nieczytania. Powody owej zsyłki mogą być różne; rezultat - niezmienny.

Ja również posiadam swoją szufladę. Ba, żeby tylko jedną! Teraz zaś postanowiłem stworzyć kolejną. Ta jednak - nie szuflada, lecz Szuflada - jest wyjątkowa. Magiczna. Rozświetla ją bowiem światło czytelniczych oczu. Pisząc do Szuflady będę pisać zarazem do Was i dla Was. Miejsce zsyłki przekształcam w krainę wolności.

Zapraszam więc do zajrzenia we wnętrze Szuflady. Myślę, że znajdziecie w niej coś dla siebie.

A znaleźć ją możecie tutaj:
http://szufladakawosza.blogspot.com/
  • awatar Gość: Zawitałam, szczęścia życzę, banalności nie ujmuję i czekam na więcej :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Od razu przepraszam Was, drodzy Czytelnicy (zakładam oczywiście, że tutaj jesteście - to do Was przecież piszę to wszystko) za to nadużycie tak niemieckiego słownictwa, jak i niestosownego podnoszenia głosu. Po prostu pewna Osoba - o której więcej za chwilę - zasugerowała, by pierwszy wpis na nowym blogu nosił choć śladowe ilości oryginalności. Czy pierwsze zdanie wywiązuje się ze swej roli, oceńcie sami. Ja wiem jedno - donośne okrzyki po niemiecku bez wątpienia przyciągają uwagę.

Kim jestem, pytasz Czytelniku? Jak widać po nagłówku - banalnym facetem, który postanowił wreszcie pójść za rzeszą mych poprzedników i uczynić swojego własnego, malutkiego bloga. I to nie dlatego, że tak wypada, ale bo tak po prostu chce. Bloga, na którym będzie mógł dzielić się z Wami swymi myślami i tekstami. Czas pokaże, co z tego wyjdzie. Na razie są chęci, jest i zapał - czego więcej potrzeba? Oczywiście: wpisów i, rzecz jasna, Was. Tylko wspólnymi siłami możemy sprawić, że cały ten interes będzie się kręcił.

Na zakończenie dziewiczego wpisu słów kilka na temat samej nazwy tego bloga. Kawa i życie są dla mnie nierozłącznymi elementami. Jedno podtrzymuje drugie, nadaje mu sens i prawidłowe działanie. Bez tego czarnego nektaru bogów żyć się nie da, zaś bez życia pić nie można. Amen. Herbaciarzy przepraszać nie będę, acz i ich poglądy uszanuję.
Pisać tu będę z życia i o życiu. Racząc się przy tym mocną czarną.
Czemu zaś banalny facet? Przyznam szczerze, że nigdy za (zbyt) banalnego się nie uważałem. Dopiero pewne niedawne okoliczności zmieniły mój pogląd na tę kwestię. Jestem więc człowiekiem banalnym, dyskusji nie ma. Zarazem jednak postanowiłem swą banalność uczynić czymś wyjątkowym.

Oto więc jestem - banalny facet, który dorwał się do klawiatury i dla Was to wszystko (i jeszcze więcej) pisze